Uratowałam wronę – znalazłam ją ranną. Ale to, co przyniosła miesiąc

Jakby rozumiała, że chcę pomóc. Pod osłoną ulewy ruszyłam z nią do domu, owiniętą w płaszcz.

Coś we mnie się wtedy zmieniło. To było tak, jakby to spotkanie było przeznaczone.

W domu improwizowałam jej mały kącik szpitalny ze starego kartonu i podgrzewacza do poduszek.

Dostała wodę, trochę gotowanego kurczaka, a ja starałam się unieruchomić jej skrzydło tak, jak widziałam w internecie.

Później nazwałam ją Araakx – nie wiem dlaczego, po prostu tak wyszło.

Pierwsze dni były trudne. Ledwo jadła, tylko siedziała i patrzyła.

Ale zawsze była tam, gdzie ja – obserwowała mnie z drugiego końca pokoju.

Czasem przesuwała się trochę bliżej. Po tygodniu zaczęła jeść normalnie i coraz częściej próbowała poruszać skrzydłem.

Nie sądziłam, że się uda, ale zaczęła wracać do zdrowia.

Minął miesiąc. Araakx czasem krążyła po pokoju, a nawet spoglądała na świat zza parapetu.