Uratowałam wronę – znalazłam ją ranną. Ale to, co przyniosła miesiąc
Prawie byłam już u celu, gdy przez monotonny szum deszczu i ruchu usłyszałam dziwny, ostry krzyk.
Zatrzymałam się. Cofnęłam się nieco na skraj chodnika, gdzie za ogrodzeniem zaczynał się zarośnięty plac zabaw.
Dźwięk powtórzył się – ostry, zachrypnięty, pełen bólu. Coś było nie tak.
Ostrożnie, ale ciekawa, weszłam między krzaki i wtedy go zobaczyłam.
Wrona. Była przemoczona, drżała, a jedno skrzydło wisiało nienaturalnie.
Ale to nie było najdziwniejsze. Najbardziej uderzyło mnie to, jak na mnie spojrzała.
W jej czarnych, błyszczących oczach był ból… ale i coś więcej.
Coś trudnego do wyrażenia – nadzieja? Świadomość?
– No to masz kłopoty, kolego – wyszeptałam i uklękłam.
Nie zastanawiałam się długo. Zdjęłam płaszcz i delikatnie owinęłam ptaka.
Na moment się przestraszyła, ale nie ugryzła, nie uciekła.