Mijały lata. Dekady. Sześćdziesiąt osiem. Zbudowałam sobie życie – wyszłam za mąż, wychowałam dzieci, patrzyłam, jak dorastają wnuki. Z zewnątrz wydawało się to spełnione i szczęśliwe.
Ale Elena zawsze była obecna, w cichych zakamarkach mojego umysłu.
Niedawno moja siostrzenica zaczęła studia w Klużu i poleciałam ją odwiedzić. Pewnego ranka, gdy była na zajęciach, postanowiłem przejść się po okolicy i wszedłem do małej kawiarni, w której pachniało świeżą kawą i ciepłymi ciastami.
Stałem w kolejce, gdy usłyszałem głos za ladą.
Mój głos.
Zamarłem.
Kobieta przyjmowała zamówienie. Kiedy się odwróciła, serce mi stanęło.
Te same oczy. Te same kości policzkowe. Te same siwe włosy z srebrnymi pasemkami. Ten sam głos.
Czułem się, jakbym patrzył w lustro, które wypadło z tafli szkła.
Kolana się pode mną ugięły. Nic nie miało sensu – a jednak nie mogłem udawać, że jej nie widziałem. Wyciągnąłem rękę i lekko dotknąłem jej ramienia.
Odwróciła się.