— Nie jestem darmową kucharką dla twojej matki! Niech sobie sam ugotuj
Ten wodoodporny?
Jutro w przedszkolu Kolii jest poranek, maluję się.
W mojej głowie coś pękło.
Ostrożnie, po cichu.
— Ira, szlafrok… zdejmij go, proszę.
Ja go nawet jeszcze nie wyprałam.
— Och, nie pobrudzę go!
Nie bądź skąpa — махnęła ręką i sięgnęła do lodówki.
— A kiedy będą kotlety?
Ja i mama jesteśmy głodne.
Lidia Pietrowna westchnęła, zwracając się w próżnię:
— Dzisiejsza młodzież to już nie to samo.
U nas synowa w domu była jak pierwsza służąca.
Miała karmić, dogadzać, a jeszcze mężowi usta wycierać chusteczką.
A teraz: „nie pobrudzę, szlafrok”.
Szlafrok!
I właśnie w tej chwili wszedł Aleksej.
Wyczul, że atmosfera w kuchni gęstnieje do konsystencji kaszy gryczanej, i najwyraźniej postanowił „załagodzić”.
Nie patrząc na mnie, zwrócił się do matki:
— Mamo, czemu jesteście takie przygnębione?
Zaraz Nadia was nakarmi, wszystko będzie świetnie.
Klepnął mnie po ramieniu, jakby dodawał otuchy psu stróżującemu.
I to była ostatnia kropla.