Ana przełknęła ślinę.
— Lekarze nie spędzali z nim ośmiu godzin dziennie. Dorastałam z takim bratem. W Botoszanach. Moja matka nie miała pieniędzy na tysiące lei terapii. Miała czas, ręce i serce.
Cisza.
— Dlaczego muzyka? — zapytał.
Ana uśmiechnęła się słabo.
— Bo śmieje się więcej, kiedy śpiewamy. A kiedy się śmieje, rusza się więcej.
Radu upadł na krzesło. Torba wyślizgnęła mu się z ręki.
— Sąsiad… — powiedział powoli.
— Wiem — powiedziała Ana. Często wyglądała przez okno.
Podeszła i włożyła mu w rękę zmiętą kartkę. To był zeszyt. Dziesiątki stron. Lekcje, ćwiczenia, drobne postępy, zapisywane codziennie.
— Nikomu nie wolno mi mówić — dodała. Bałam się, że mnie wyrzucisz.
Radu zaczął płakać. Bezgłośnie. Bez wstydu.
Po raz pierwszy od roku.