Dziecko się śmiało.
Śmiał się serdecznie, z ust do ucha, klaszcząc w dłonie. Ana klęczała obok niego, zwijając w dłoniach małą kulkę z materiału.
— No dalej, kochanie… jeszcze trochę… jeszcze trochę…
Radu poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod stóp.
Petrișor lekko powłóczył nogami. Niewiele. Nie jak zdrowe dziecko. Ale poruszał nimi.
Poruszał nimi.
Ana nie zauważyła go od razu. Była zbyt skupiona. Zachęcała go, chwaliła, delikatnie podnosiła, gdy się męczył. Na kuchence gotował się mały garnek, a na ścianie przyklejona była karteczka z napisem: „Każdy mały krok się liczy”.
Kiedy odwróciła się i zobaczyła Radu, zamarła.
— Proszę pana… miał pan… przyjść za trzy dni…
Radu nic nie powiedział. Nie mógł. Po prostu patrzył na dziecko.
— Co… co pan robi? — wydusił w końcu.
Ana powoli wstała.
— Ćwiczenia. Zabawa. Cierpliwość. Codziennie.
— Lekarze mówili, że to niemożliwe — powiedział Radu łamiącym się głosem.