Dziewczynka nie prosiła o zabawkę. Nie płakała. Nie miała żadnych kaprysów.
Po prostu powiedziała: „Jestem głodna”.
Leonard bez namysłu zdjął kurtkę i zarzucił ją Gabrieli na ramiona. Potem wstał.
— Zaczekaj tu na mnie. Dwie minuty.
Pobiegł do samochodu. Trzęsły mu się ręce. Odpalił silnik, dojechał do pierwszej czynnej całą dobę stacji benzynowej i kupił wszystko, co zobaczył: kanapki, wodę, mleko, ciastka, owoce, koce. Nie spojrzał na cenę. Zapłacił kilkaset lei bez mrugnięcia okiem.
Kiedy wrócił pod most, dziewczynki instynktownie schowały się za mamą.
Leonard przykucnął i postawił torby, otwarte, na widoku.
— Są dla ciebie — powiedział cicho.
Ta z falowanymi włosami podeszła pierwsza. Wzięła kanapkę w obie ręce i zaczęła jeść z głodem, który nie miał w sobie nic dziecinnego. Druga poszła za nią, bardziej nieśmiało.
Gabriela płakała bezgłośnie.
Leonard obserwował je i czuł, jak każdy łyk coś w nim rozdziera. Osiem lat. Trzy lata na ulicy. I nie wiedział.