— M-ma… Marina? To ty? Jak?..

Fotel powoli się obrócił.

Światło musnęło jej twarz.

Radu zamarł.

— Marina…

Nie była już tą kruchą kobietą na szpitalnym oddziale.

Była silna. Pewna siebie. Elegancka.

Na wózku inwalidzkim, ale prostsza niż kiedykolwiek na nogach.

— Tak, Radu. Ciężar.

Nie mógł wydusić z siebie ani słowa.

— Widzisz, kontynuowała spokojnie, miałeś rację w jednej sprawie. Nie pasowałam już do twojego życia. Bo byłam przeznaczona do czegoś większego.

Pokazał jej wykresy. Plan. Strategię.

Było bez zarzutu.

— Uratuję twoją firmę. Nie dla ciebie. Bo mogę.

Poczuł palący wstyd.

— Dlaczego mi pomagasz? — zapytał szeptem.

Marina spojrzała mu prosto w oczy.

— Nie pomagam ci. Pokazuję ci, że wartość człowieka nie polega na tym, jak prosto idzie, ale na tym, jak wysoko potrafi się wznieść po upadku.

Umowa została podpisana.

W ciągu kilku miesięcy firma spektakularnie się podniosła. Inwestorzy wrócili. Długi zostały spłacone.

Prasa pisała o genialnym posunięciu Lady Venus.