Ekran się rozświetlił. Eleganckie biurko. Przyćmione światło. Wysoki fotel, lekko przechylony na bok.
I głos.
Spokojny. Pewnie. Bez pośpiechu.
— Dzień dobry, panie Radu Ionescu. Przeanalizowałem sytuację pańskiej firmy.
Gęsia skórka pojawiła mu się na skórze.
Głos brzmiał znajomo.
— Czy może pan uratować firmę? — zapytał wprost.
— Tak — odpowiedziała prosto. Ale nie bez warunków.
Przełknęła ślinę.
— Nieważne.
Krótka pauza.
— Pierwszy warunek: zostanę wspólnikiem większościowym. Drugi: podpiszesz umowę, w której publicznie przyznasz się do popełnionych błędów zarządczych.
Zacisnęła szczękę. To było upokarzające.
— A trzeci? — zapytała.