— M-ma… Marina? To ty? Jak?..

Ekran się rozświetlił. Eleganckie biurko. Przyćmione światło. Wysoki fotel, lekko przechylony na bok.

I głos.

Spokojny. Pewnie. Bez pośpiechu.

— Dzień dobry, panie Radu Ionescu. Przeanalizowałem sytuację pańskiej firmy.

Gęsia skórka pojawiła mu się na skórze.

Głos brzmiał znajomo.

— Czy może pan uratować firmę? — zapytał wprost.

— Tak — odpowiedziała prosto. Ale nie bez warunków.

Przełknęła ślinę.

— Nieważne.

Krótka pauza.

— Pierwszy warunek: zostanę wspólnikiem większościowym. Drugi: podpiszesz umowę, w której publicznie przyznasz się do popełnionych błędów zarządczych.

Zacisnęła szczękę. To było upokarzające.

— A trzeci? — zapytała.