Denise westchnęła przybijając zamówienie. Jordan podał zmięty banknot dziesięciodolarowy. Reszta stuknęła o ladę. Nie było „dziękuję”.
Usiadł w rogu, obserwując. Lokal był pełen, ale powietrze… martwe. Kroki przeciągane, twarze znudzone, gesty mechaniczne. Matka z dwójką dzieci musiała powtarzać zamówienie trzy razy, starszy mężczyzna o rabat seniora usłyszał — „patrz na menu”. Kelner upuścił tacę i przeklął tuż obok dzieci.
Jordan poczuł ucisk w żołądku.
Wtedy zauważył matkę i chłopca, którzy weszli. Mieli tylko pięć dolarów i poprosili o śniadanie z promocji. Kasjerka prawie się nie poruszyła.
Jordan wstał, podszedł do lady i podał dwudziestkę.
— Dziękuję, ale… — mruknęła kobieta.
— Żadnego „ale” — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Weźcie, co chcecie, i dodajcie dwie gorące czekolady.
Dziecko rozpromieniło się jak choinka. Jordan wrócił do stołu, a decyzja już zapadła.