Ale pojawiły się pęknięcia. Gwiazdki w recenzjach stopniowo znikały, zastąpione narzekaniami: powolna obsługa, letnie dania, zniecierpliwiony personel. To bolało Jordana — dla niego marka była czymś więcej niż jedzeniem, była uprzejmością, wspólnotą i szacunkiem. Mógł wynająć tajemniczego klienta lub zamontować kolejne kamery, ale wiedział, że prawdę poznaje się tylko patrząc prosto w oczy.
W ten poniedziałek udał się incognito.
Wybrał lokal w centrum — pierwszy, który powstał, z miejscem przy oknie, gdzie matka zostawiła ślad po gorącej blaszce. Miasto powoli budziło się do życia: samochody brzęczały, kroki na chodniku, zimny zapach porannego powietrza. Jordan poczuł, jak serce mu przyspiesza.
W środku ławki i podłoga w szachownicę pozostały niezmienione. Twarze za ladą — już nie. Dwie kasjerki: młoda dziewczyna z gumą w ustach i telefonem w dłoni, oraz starsza Denise z wypalonym spojrzeniem, identyfikatorem na zużytym sznurku. Nikt nie spojrzał na Jordana.
— Co podać? — mruknęła Denise w końcu, bez patrzenia.
— Śniadanie z boczkiem, jajkami i serem. Czarna kawa.