5-letnia dziewczynka stanęła przed sędzią na wózku inwalidzkim i powiedziała

„Andriej… Nie jestem bezduszny. Ale nie mogę. Takie są zasady firmy”.

Tego wieczoru, gdy Ilinca zasnęła niespokojnie, Andriej siedział przy stole, wpatrując się w ścianę.

Nie był złodziejem.

Był ojcem bez wyjścia.

Do apteki na ulicy Luncii, ciepłej i dobrze oświetlonej, wszedł drżąc. Kupił syrop na gorączkę. Lek na inhalację. Cena zaparła mu dech w piersiach.

Dwa dni pracy.

Wsunął lekarstwo do kurtki.

Ręka strażnika go zatrzymała.

Nie brutalnie. Zdecydowanie.

„Muszę sprawdzić twoje kieszenie”.

Andriej nie uciekł.

Wyjął lekarstwa.

„Proszę… moja córka tego potrzebuje”.

Przyjechała policja. Kajdanki. Spojrzenie.

A Ilinca była w domu.

Czekała.