Mała dziewczynka, nie starsza niż pięć lat, weszła, trzymając za rękę starszą kobietę. Jej brązowe włosy były splątane, jakby walczyła z poduszką i przegrała. Sukienka była czysta, ale ewidentnie z drugiej ręki, za luźna na jej drobne ciało. Jej kapcie skrzypiały nieśmiało na wypolerowanej podłodze, każdy krok był odważny i niepewny.
Przed wszystkimi, na podium, sędzia Mariana Horea siedziała na wózku inwalidzkim. Wyprostowana, z spokojną twarzą, tym wyćwiczonym spokojem osoby, która nie pozwala nikomu zobaczyć, co kryje się w jej wnętrzu. Przez trzy lata wózek inwalidzki był częścią jej życia. Nigdy nie prosiła o litość. Nigdy nie pozwoliła, by emocje wkradły się w jej decyzje.
Ale kiedy dziewczynka szła prosto do baru, jakby to było jej miejsce, coś zmieniło się w spojrzeniu sędziego.