Czekała.
To słowo krążyło po głowie Andrieja, gdy siedział na ławie w sali sądowej, z dłońmi splecionymi razem i wzrokiem wbitym w podłogę.
Nie wiedział, jak Ilinca się tu znalazła. Później dowiedział się, że jego sąsiadka z dołu, ciocia Maria, usłyszała jej kaszel przez sufit i przyszła sprawdzić. Kiedy dowiedziała się, co się stało, wzięła ją za rękę i zaprowadziła do sądu.
Ilinca nie wiedziała, co oznaczają przepisy. Ani akta. Ani wyroki skazujące.
Wiedziała tylko, że jej ojca nie ma w domu.
I że dorośli mają moc, by to zmienić.
Sędzia Horea lekko się pochyliła.
„Jak masz na imię?” zapytała łagodnie po raz pierwszy od dawna.
„Ilinca” – powiedziała dziewczynka. „I nie kłamię”.
W sali sądowej zapadła cisza.
„Jak mi pomożesz chodzić?” – kontynuowała sędzia, unosząc jedną brew.
Ilinca zastanowiła się przez chwilę.
„Pomagam cioci Marii iść na targ. Trzymam ją za rękę. I idziemy powoli. I nie puszczam jej”.