Zapłaciłem za zakupy u starszej kobiety, a ona szepnęła mi

Ekipa zatrzymała go na samym końcu drogi.

Obserwowałem wszystko zza zasłony. Nie trząsłem się. Już nie.

Rano policja też przyszła na podwórko.

Przeszukali miejsce, gdzie miałem odgarnąć śnieg.

Pod grubą warstwą znaleźli starą pokrywę studni, zsuniętą na bok. Ledwo podpartą, nieprzymocowaną. Pod nią — pusta.

Głęboko.

Ślisko.

Śmiertelnie.

„Gdybyś tam poszedł, w tę zamieć, nikt by się nie zorientował” – powiedział mi jeden z policjantów. „Wyglądałoby na to, że wpadłeś przypadkiem”.

Wypadek.

Takie proste słowo.

Po południu przyjechali też z nakazem.

W bagażniku samochodu Mihaia znaleźli linę. I prawie pustą butelkę brandy. I telefon, którego szukał w ostatnich dniach, szukając informacji o tym, ile czasu potrzeba, żeby człowiek zamarzł na śniegu.

Sąsiedzi wyszli do bramy.

Niektórzy szeptali.