I zadzwoniłam pod numer 112.
Głos mi drżał, ale słowa brzmiały wyraźnie. Powiedziałam im, że mąż czeka na mnie na zewnątrz. Że kazał mi wyjść w zamieć. Że studnia z tyłu nigdy nie była porządnie zatkana. Że się boję.
Operator się ze mną nie kłócił. Nie wpędził mnie w paranoję.
Powiedział tylko: „Zostań w domu. Ekipa już jedzie”.
Najdłuższe dwadzieścia minut w moim życiu.
Czerwone światła błysnęły kilka razy. Musiał się zastanawiać, co robię. Czemu nie wysiadam.
Wtedy, w oddali, zobaczyłem kolejne światło. Niebieskie i czerwone.
Radiowóz wjechał na ulicę.
W tym momencie silnik Dacii Mihaia nagle zapalił. Próbował zawrócić. Za późno.