„Wynoś się z mojego domu, zanim zadzwonię na policję i oskarżę cię o kradzież”

Kiedy wypowiedziała te słowa, Valeria poczuła ucisk w piersi, który nosiła w sobie od lat. Po raz pierwszy od dawna nie czuła się już mała. Nie czuła się już stratowana. Dziwna cisza otulała jej ciało niczym gruby koc w mroźną zimową noc.

Sebastian stał nieruchomo przez kilka sekund, wpatrując się w nią, nie mogąc uwierzyć, że kobieta zarabiająca najniższą krajową odważy się mu przeciwstawić. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, z korytarza dobiegł głośny krzyk Luki.

Valeria nie czekała na kolejne słowa. Z niespodziewaną odwagą ominęła Sebastiana i wybiegła na korytarz. Goście odwracali się za nią, niektórzy z pogardą, inni lekko zawstydzeni, jakby byli świadkami wypadku, którego nie chcieli oglądać, ale nie mogli się powstrzymać.

W korytarzu zobaczyła młodego kelnera kołyszącego Lukę, próbującego go uspokoić.

— Przepraszam panią… Bardzo przepraszam — wyszeptał.