We śnie Any ukazała się jej zmarła matka.

Wzięła głęboki oddech i po raz pierwszy od dawna poczuła coś w rodzaju spokoju. Ale spokój ten prysł, gdy tylko przypomniała sobie twarz rudowłosej, która wyszła z płaszczem: szefowej jej męża, tej samej kobiety, która coraz częściej pojawiała się w ich domu pod najróżniejszymi pretekstami.

Ana przytuliła płaszcz do piersi i odwróciła się w stronę taksówki. Serce waliło jej jak młotem. Wiedziała, że ​​nie może tak dłużej żyć. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła po powrocie do domu, było zamknięcie drzwi od środka. Jej mąż, Liviu, stał w drzwiach, patrząc na nią z mieszaniną gniewu i poczucia winy.

— Gdzie byłaś? Co z tym płaszczem? — mruknął.

Ana spojrzała mu prosto w oczy. — Dlaczego Corina, twoja szefowa, przyszła na wysypisko przede mną? I co ją obchodzi płaszcz mojej matki?

Liviu cofnął się o krok. W jego oczach można było wyczytać wszystko: kłamstwa, strach, wstyd.

— Nie… Nie wiem — wyjąkał.