Słowa zapadły mu w pamięć.
Kobieta z tyłu zakryła usta dłonią. Starszy mężczyzna wyszeptał: „Niech Bóg broni…”.
Matka zamarła. Jej dzieci patrzyły to na niego, to na nią, nic nie rozumiejąc.
— Mój brat ma dwanaście lat — kontynuował. — Jeśli tego nie zrobię, nie dożyję wiosny.
Nie był zły. Nie ironizował. Po prostu był zmęczony.
— Lekarz kazał mi siedzieć tak długo, jak tylko będę mógł. Ale nie chciałem tłumaczyć. Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć.
Fala wstydu przeszła przez autobus niczym zimny dreszcz.
Kobieta spuściła wzrok. Po raz pierwszy nie miała nic więcej do powiedzenia.
Starszy pan natychmiast wstał.
— Młody człowieku, proszę zająć moje miejsce. Wysiadam za dwa przystanki.
Inna kobieta zrobiła miejsce dzieciom na swoim miejscu.
— Usiądźcie tutaj, maluchy.