Ale to był mój ojciec.
— Irina, posłuchaj mnie uważnie — zaczął tonem udającego spokój. — Lecimy samolotem, wysadzili nas na międzylądowaniu. Dzieci płaczą. Twoja mama jest w rozsypce. Proszę… napraw to.
— Nie mogę naprawić tego, co nie należy do mnie — powiedziałem cicho.
— To należy do mnie! To twoja rodzina!
Spojrzałem na ciocię Lenutę. Skinęła powoli głową, jakby chciała powiedzieć: Teraz jest na to czas.
— Tato… rodziny nie mierzy się tym, kto najwięcej zniesie. Liczy się to, kto cię podnosi, kiedy upadniesz. A wy mnie powaliliście — dosłownie.
Wokół niego panował ruch, podniesione głosy, komunikaty lotniskowe. Ale mnie interesowało tylko to, co powiem.
— Irina, proszę, zrób miły gest. Dla dzieci.
— Przestań mną manipulować z dziećmi — powiedziałem. Nie są niczemu winne. Ale ja też nie.
Po raz pierwszy w życiu to on zamilkł pierwszy.
— A więc… czego od nas chcesz?
— Niczego, odpowiedziałam.
Cisza. Zimna. Ostra. Ostateczna.