„To naszyjnik mojej zmarłej żony!” – krzyknął magnat, ale odpowiedź sp

Ivet zakończyła rozmowę, zanim siostra zdążyła dopytać.

W penthouse’ie znów zapadła cisza. Arturo chrząknął, próbując wrócić do roli sceptyka.

— To niczego nie dowodzi. Mógł to być ktokolwiek.

— Evelina zginęła tej nocy — powiedział Sebastián cicho, ale ciężko. — A moje dziecko „zginęło” razem z nią. Jeśli Ivet żyje… ktoś kłamał.

Czas płynął wolno. Nikt nie jadł. Nikt nie szukał lekkich słów. O trzeciej nad ranem telefon Sebastiana zadzwonił ostro, jak alarm.

Na ekranie: „Dr Rivas”.

Sebastián włączył głośnik, ściskając telefon tak mocno, że pobielały mu knykcie.

— Mów.

Głos lekarza brzmiał na zmęczony.

— Sprawdziłem trzy razy. Dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć procent. Sebastián… to twoja córka.

Jedno zdanie potrafi poskładać całe życie — albo roztrzaskać je na nowo.

Arturo wypuścił z dłoni pióro. Ivet zasłoniła usta, by nie krzyknąć. Nogi ugięły się pod nią, jakby nagle zabrakło podłogi. A Sebastián — człowiek z żelaza — znieruchomiał, jakby wstrzymał oddech.

Podszedł do niej i nagle uklęknął, ściskając jej dłonie jak coś bezcennego.

— Żyjesz… — wyszeptał. — Naprawdę żyjesz…