„To naszyjnik mojej zmarłej żony!” – krzyknął magnat, ale odpowiedź sp

W głównej sali restauracji nagle zrobiło się tak cicho, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Krzyk przeciął wieczór i na moment nawet muzyka ucichła.

— To było jej… To był naszyjnik mojej żony! — warknął Sebastián Cruz, najpotężniejszy i najbardziej budzący respekt człowiek w San Plata. Stał przy swoim stoliku, a jego twarz zdradzała ból, który łatwo pomylić z gniewem.

Wskazał palcem młodą pracownicę w szarym uniformie. Ivet zesztywniała. Odruchowo upuściła ścierkę i zasłoniła szyję obiema dłońmi, jakby chciała ochronić złoty medalik.

— Proszę pana… ja niczego nie ukradłam — wyszeptała, cofając się o krok. — Przysięgam.

Sebastián jednak zdawał się tego nie słyszeć. Odsunął krzesło z impetem i ruszył w jej stronę. Goście rozstępowali się nie tyle ze strachu przed awanturą, ile przed tym, co widać było w jego oczach: dawno niewypłakany żal.