Synowa wróciła do swojego mieszkania, a tam przyszła teściowa i teść

Lidia rozpoznała te kroki — szybkie, lekkie.

Fiodor.

Wszedł do pokoju uśmiechnięty, z bukietem białych lilii.

Zobaczywszy pudła i rodziców, stanął jak wryty.

Uśmiech zsunął mu się z twarzy, ustępując miejsca wyrazowi kompletnego niezrozumienia.

— Mamo.

Tato.

Co wy tu robicie. — zapytał.

— Przyszedłeś, synku. — Ałła Siergiejewna rzuciła się do niego, ignorując Lidię.

— No, pomagamy Lidoczce spakować rzeczy.

Ona trochę się denerwuje, nie jest sobą, krzyczy na nas.

Ty ją uspokój.

Powiedz, że dobrze to wszystko wymyśliliśmy.

Fiodor przeniósł wzrok na Lidię.

Stała przy stole, blada, z płonącymi oczami, ściskając wazon tak, że wydawało się, iż szkło zaraz pęknie.

— Co wy wymyśliliście. — zapytał cicho Fiodor.

— Przeprowadzkę, Fieden’ka. — wtrącił się Borys Ignatjewicz.

— My tutaj, wy do nas.

Wszystko jak omawialiśmy.

— My tego nie omawialiśmy, — głos Fiodora stwardniał.

— Powiedziałem wam, że to bzdura.

Powiedziałem „nie”.