Synowa wróciła do swojego mieszkania, a tam przyszła teściowa i teść

Ty.

Nas. — zaśmiał się Borys Ignatjewicz.

Śmiech był nieprzyjemny, bulgoczący.

— Nie rozśmieszaj mnie, dziewczyno.

My już przewieźliśmy rzeczy.

Część.

A do naszej kawalerki… znaczy, do naszego mieszkania już przychodził pośrednik, będziemy je wynajmować, żeby była dopłata do emerytury.

Oj, to znaczy… no, rozumiesz.

Wy tam będziecie mieszkać, ale czynsz i rachunki będziecie płacić sami, oczywiście.

Lidia patrzyła na tych ludzi i widziała nie krewnych przyszłego męża, lecz jakichś kosmicznych najeźdźców.

Chciwość w ich oczach paliła jaśniej niż żyrandol pod sufitem.

Oni nie tylko chcieli mieszkania.

Oni chcieli ją upokorzyć, wskazać jej miejsce, zamienić w posłuszną służącą ich zachcianek.

— Sprzedajecie tamto mieszkanie. — domyśliła się Lidia.

— I co z tego. — agresywnie odbiła Ałła Siergiejewna.

— Potrzebujemy pieniędzy.

Leczenie jest dziś drogie.

A wam, młodym, i wynajmowane by wystarczyło, gdyby po dobroci.

Ale my jesteśmy dobrzy, pozwalamy wam mieszkać w naszym rodowym gnieździe.

Na razie.

A ty, niewdzięczna, jeszcze się odzywasz.

Część 3. Bunt ognia.

W przedpokoju trzasnęły drzwi.