To było… coś innego.
Jak potwierdzenie.
Jak podziękowanie wypowiedziane bez słów.
Maria poczuła, jak jej strach zaczyna topnieć. Powoli. Jak lód w słońcu.
Pozostałe dwa wilki podeszły do rannego. Jeden z nich dotknął go lekko pyskiem. Jakby go zachęcał. Jakby mówił mu, że nie jest sam.
Samiec spojrzał na Marię przez chwilę, a potem zwrócił się do watahy.
Otoczyli kręgiem rannego. Nie agresywnie. Ochronnie.
Maria zrozumiała.
„Muszę iść” – powiedziała sobie.
Wstała powoli, bez gwałtownych ruchów. Kolana jej drżały. Plecy bolały ją od wysiłku. Zebrała gałązki, o których zapomniała w śniegu, i cofnęła się o krok.
Żaden wilk nie ruszył się w jej stronę.
Zrobiła kolejny krok.
A potem kolejny.
Aż dotarła do skraju lasu.
Zanim weszła między drzewa, odwróciła się raz.
Wilki wciąż tam były. Obaj próbowali pomóc rannemu stanąć na nogi. Podtrzymywali go, jak tylko mogli, delikatnie popychając go swoimi ciałami.
Maria poczuła, jak jej oczy wilgotnieją.