— Zaopiekowałem się kurczakami. Zostawiłem je u cioci Wiolety.
Wsadzili ją do lśniącego, czarnego samochodu. Maria mocno przycisnęła starą torbę do piersi, jakby bała się, że ktoś jej ją zabierze.
Kiedy dotarli do Otopeni, serce biło jej tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
Nigdy wcześniej nie była na lotnisku.
Ludzie patrzyli na nią. Na jej prosty fartuch, stare buty, jej spracowane ręce.
Ale chłopcy szli dumnie, jeden po drugiej stronie.
Przeszli przez specjalne przejście. Pracownik powitał ich z szacunkiem.
Na pasie startowym czekał ogromny biały samolot.
Na kadłubie widniała nazwa firmy. A pod oknem kabiny, małymi, niemal ukrytymi literami, widniał napis: „Maria”.
— Co to jest? — zapytała drżącym głosem.
— Nasz pierwszy oficjalny lot w Rumunii, jako kapitanowie — powiedział Andriej. — A samolot nosi twoje imię.
Maria zakryła usta dłonią.
— To niemożliwe…