Kiedy dotarła na szczyt, zobaczyła dom.
Mały. Krzywy. Z dachem pochylonym na jedną stronę i oknami bez szyb. Drzwi wisiały na jednym zawiasie.
To nie był dom.
To był koniec.
Elena pchnęła drzwi. Drewno zaskrzypiało długo, niczym westchnienie.
W środku pachniało kurzem i wilgotną ziemią. W kącie stał stary piec. Złamany stół. Żelazne łóżko bez materaca.
Zamknęła za sobą drzwi.
— Proszę — wyszeptała.
I po raz pierwszy od dawna nie czuła litości. Żadnego wstydu.
Tylko ciszę.
W kolejnych dniach robiła to po trochu. Zamiatała. Wyjmowała odłamki. Dziury zatykała starymi szmatami. Prosiła sąsiadów o zużyty materac i gruby koc.
Ludzie obserwowali ją z dołu, z wioski.
Niektórzy kręcili głowami.