— Proszę, córeczko, zlituj się nade mną, już od trzech dni nie jadłam

W rękach trzymała wytartą torbę z pustymi butelkami, jakby były ostatnimi pozostałościami dawnego życia.

Jej oczy były wilgotne, a łzy powoli spływały po policzkach, zamarzając na zimnym powietrzu.

— Córeczko, proszę, pomóż… — powiedziała drżącym głosem.

— Już trzeci dzień bez chleba… Nie mam ani grosza, żeby cokolwiek kupić.

Jej słowa wisiały w powietrzu, ale zza szklanych drzwi sprzedawczyni tylko chłodno potrząsnęła głową.

Jej wzrok był jak wyrzeźbiony w lodzie.

— Co to za sprawa? — odpowiedziała zirytowana.

— To jest piekarnia, a nie punkt skupu butelek. Czytasz?

Na szyldzie jasno napisano: butelki przyjmowane są w specjalnym miejscu, a pieniądze wydawane później — na chleb, na jedzenie, na życie. Czego jeszcze oczekujesz?

Staruszka była zdezorientowana.