Podczas naszego postępowania rozwodowego mój mąż wybuchnął śmiechem, gdy zobaczył, że nie mam prawnika.

Mama uśmiechnęła się uprzejmie i usiadła. Dopiero wtedy Andriej z trudem przełknął ślinę. Wiedział o tym. Wiedział o tym bardzo dobrze.

On, wielki biznesmen z Bukaresztu, który chwalił się znajomym, że ma wszędzie powiązania, stanął twarzą w twarz z Eleną Ionescu – kobietą, która pracowała w systemie prawnym przez trzydzieści lat, szkoliła sędziów, pisała podręczniki i która słynęła z jednego: nigdy nie przegrywała.

Sędzia spojrzał na mnie.

„Pani Popa, zanim przejdziemy dalej, czy ma pani jakieś prośby?”

Wstałam.

„Tak, Wysoki Sądzie. Wnoszę o to, aby moja matka, Elena Ionescu, została uznana za moją przedstawicielkę prawną”.

W sali sądowej zapadła cisza. Adwokat Andrieja stał z szeroko otwartymi ustami. Andriej zdawał się nie wiedzieć, gdzie jest.

Sędzia szybko sprawdził dokumenty, po czym skinął głową.