Ta kobieta miała dojrzałą twarz córki.
Rysy były takie same. Linia podbródka. Kształt brwi.
— Ana…? — wyszeptała Waleria.
Kobieta zaczęła drżeć.
— Nie… Jestem Maria.
Ale głos. Ten głos był echem przeszłości.
Waleria powoli podeszła.
— Pierścionek. Skąd go masz?
Maria instynktownie włożyła rękę pod poduszkę. Wyjęła go.
Był identyczny.
— Zawsze go miałam… odkąd pamiętam. Pamiętam tylko jasne światło… hałasy… a potem nic. Jacyś ludzie znaleźli mnie na poboczu drogi, wiele lat temu. Byłam mała. Wychowali mnie jak własne dziecko. Powiedzieli mi, że znaleźli mnie samą.
Pokój był pełen Cisza.
Waleria zaczęła płakać. Nie dyskretnie. Niekontrolowanie. Ale głębokim szlochem, z głębi brzucha, jak u osoby, która zniosła zbyt wiele bólu.
— To ty. Jesteś moją małą córeczką.
Maria zakryła usta dłonią.