„W Manaștur… w małym studio. Mama jest chora. Rzadko wychodzi z domu.
Valeria wstała tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało na podłodze. Ludzie przy sąsiednich stolikach odwrócili głowy.
— Jedziemy do twojej mamy. Natychmiast.
Ochroniarz próbował interweniować, ale powstrzymała go wzrokiem. Natychmiast wezwano kierowcę, który zazwyczaj czekał w samochodzie.
Droga do Manaștur wydawała się wiecznością.
Szare bloki stały jeden za drugim. Na balkonach wisiało pranie. Dzieci grały w piłkę nożną między samochodami. Proste, codzienne życie. Tak daleko od świata gal i wykwintnego szampana.
Wspięli się po czterech piętrach schodów. Zapach gotowanego jedzenia i taniego detergentu unosił się na półpiętrze.
Dziewczynka powoli otworzyła drzwi.
W środku było czysto, ale skromnie. Stara sofa, mały stolik, ikona na ścianie i płonąca świeca.
Na Na łóżku, podparta poduszkami, siedziała chuda, blada kobieta.
Kiedy je zobaczyła, zamarła.
Waleria poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod stóp.