— Trzymaj się mocno. Postępujemy zgodnie z prawem.
Zapukałam do drzwi głośno i zdecydowanie. Tym razem, w środku poranka, w moim geście nie było już strachu. To była sprawiedliwość.
Tytus otworzył czerwone oczy, pachnące alkoholem i obcymi perfumami. Zamarł, gdy zobaczył mnie w mundurze, z moją odznaką lśniącą w świetle korytarza.
— Co policja tu robi o tej porze? — warknął.
— Twoja żona jest tutaj — powiedziałem. — I masz wiele do wyjaśnienia.
Mihai spokojnie odczytał mu jego prawa, podczas gdy ja patrzyłem na niego. Titus próbował się usprawiedliwiać, zmyślać historyjki, ale głos mu drżał. Nie był już tym macho, który podniósł rękę na Cristinę. Był po prostu przestraszonym, uwięzionym człowiekiem.
— Zapłacisz za to, co zrobiłeś — powiedziałem mu cicho. — I to nie tylko przed sądem.
Kiedy go skułem, po raz pierwszy zobaczyłem w jego oczach coś, czego Cristina nigdy wcześniej nie widziała: strach.
Zaprowadziłem go do samochodu, a sąsiedzi, obudzeni hałasem, zajrzeli przez firanki. I może niektórym wydawało się za wcześnie na skandal, ale dla mnie było za późno na cokolwiek innego.