O trzeciej nad ranem moja córka pojawiła się w moich drzwiach, pobita na śmierć

Podczas gdy telefon wciąż słabo wibrował na stole po rozmowie, przez kilka sekund stałem nieruchomo. W domu panowała cisza, zakłócana jedynie cichym oddechem Cristiny, która spała na kanapie. Patrząc na nią, fala determinacji przeszyła całe moje ciało. Nie było już miejsca na wahanie.

Chwyciłem gruby płaszcz, bo na zewnątrz zaczynało świtać, a lutowy chłód kąsał bezlitośnie. Wyszedłem na werandę i głęboko odetchnąłem zimnym powietrzem. Tak właśnie zaczynały się poranki w Rumunii – od spokoju, od śpiącej wioski, od zapachu palonego drewna w piecach sąsiadów. Ale dla mnie ten poranek był początkiem walki, której nie mogłem dłużej odkładać.

Mihai przyjechał po dziesięciu minutach. Wysiadł z radiowozu, naciągnął czapkę na czoło, a na jego twarzy malował się niepokój.