Viktor István naprawdę nie był kimś zwykłym – miał mieszkanie, domek letniskowy, konto w banku.
Igor wiedział o tym od dziecka.

I od tego momentu był pewien: wszystko to kiedyś będzie jego.
Nie chciał pracować, nie chciał się wysilać – myślał, że wszystko samo mu wpadnie w ręce.
Już teraz było jego – przynajmniej w głowie.
Pewnego wieczoru, gdy Igor znowu z kwaśną miną patrzył na telewizor, starzec podszedł do niego.
Mówił spokojnie, ale głos mu drżał: