„Nie potrzebuję ani tego dziecka, ani tej baby!” — wrzeszczał mąż
Jestem wolnym człowiekiem i mam dość udawania.
Roma drgnął i wtulił twarz w ramię Ingi.
Pogłaskała go po potylicy, starając się oddychać równo.
W gardle stanęła gula, ale nie z żalu — raczej z dziwnego, niemal obojętnego zdumienia.
Jak człowiek, z którym dzieliła łóżko, chodziła na USG, wybierała tapety, mógł teraz stać i krzyczeć coś takiego?
— Giennadiju Władimirowiczu, proszę zachować porządek, — sędzia odłożył długopis na stół, a w tonie pojawiła się stal.
— Jest pan na sali sądowej, a nie na targu.
Giennadij prychnął, ale usiadł.
Inga widziała, jak nerwowo stuka palcami w podłokietnik — nawyk, który zawsze zauważała, gdy kłamał.
Adwokat Giennadija, młody chłopak w drogim garniturze, pochylił się do niego i coś wyszeptał.
— Wysoki Sądzie, mój mocodawca podtrzymuje, że dziecko nie jest jego biologicznym synem, — adwokat wstał i rozłożył teczkę.