„Nie potrzebuję ani tego dziecka, ani tej baby!” — wrzeszczał mąż
Roma wiercił się, ale ona go nie puszczała — jakby bała się, że jeśli rozluźni uścisk, wszystko rozsypie się ostatecznie.
Chłopiec nie rozumiał, po co tu są, dlaczego tata stoi tam, po drugiej stronie, i dlaczego mama jest taka kamienna.
— Wysoki Sądzie, mam dość tego cyrku, — Giennadij uniósł rękę, jak na odprawie.
— Przez dziesięć lat dźwigałem tę rodzinę na swoich barkach, słuchałem histerii, znosiłem wyrzuty.
Dość.
Nie zamierzam już tracić na nią czasu.
Sędzia — starszy mężczyzna o zmęczonych oczach i siwych wąsach — podniósł wzrok znad papierów, ale milczał.
Inga zacisnęła zęby.
Wiedziała, że Giennadij się rozkręci, ale nie myślała, że posunie się do czegoś takiego.
— Nie potrzebuję ani tego dziecka, ani tej baby! — wykrzyczał, a głos odbił się od ścian.
— Niech żyje, jak chce, ale beze mnie.