Drżała cała. Może to nie był przypadek. Może ten mężczyzna dokładnie wiedział, skąd się wzięła.
Zaczęła przeszukiwać dom, owładnięta strachem, którego nie potrafiła wyjaśnić. W małym pokoju, w którym spało dziecko, znalazła pod poduszką starannie złożoną kartkę papieru. Na niej było napisane tylko: „Dziękuję, mamo”.
Kobieta stała nieruchomo, a jej oczy wypełniły się łzami. Jak to możliwe? Wiele lat temu urodziła syna, ale straciła go zaledwie kilka dni po narodzinach. Dowiedziała się, że zmarł.
Znowu wyszła na zewnątrz, w śnieg, krzycząc na cały głos, ale wiatr porwał jej słowa. Nie otrzymała odpowiedzi. Tylko cisza białego pola i ślady stóp znikające w oddali.
Upadła na kolana, a jej łzy mieszały się ze śniegiem. Coś w jej duszy pękło, a jednak uspokoiła się. To nie był sen, to nie była halucynacja. To był jej syn, który przyszedł, by dać jej znak, że żyje, że ma się dobrze i że jej wybaczył.
W ciągu następnych dni kobieta zaczęła pisać. Spisywała wszystko na papierze: burzliwą noc, zmęczonego mężczyznę, dziecko w kocu i zdjęcie. Czuła, że musi wszystko zapisać, żeby nie zapomnieć.