Przywódca gangu wyskoczył pierwszy z samochodu. Jego ciężkie buty grzęzły w śniegu aż po kostki. Był potężnym mężczyzną o szerokich ramionach i twarzy pokrytej bliznami, ale w tej chwili w jego oczach nie było nic surowego. Tylko zdumienie i gniew.
„Boże… to dzieci” – mruknął jeden z mężczyzn za nim.
Cristina instynktownie cofnęła się o krok. Mocniej przytuliła dzieci, jakby jej chude ramiona były ostatnią przeszkodą między nimi a światem. Nie miała już sił, by uciekać. Jeśli to oni po nią przyszli, to koniec wszystkiego.
„Czekaj!” – powiedział przywódca, unosząc rękę. Nie podchodź bliżej.
Przykucnął przed nią, ignorując zamieć smagającą go po twarzy.