Moja matka, Sarah, była pielęgniarką.
Poznali się na oddziale ratunkowym w związku z przypadkiem traumatycznym. Zakochali się w sobie podczas dwunastogodzinnych dyżurów i przypalonej kawy.
„Była zacięta” – powiedział mój dziadek, uśmiechając się przez łzy. „Malutka. Ledwie metr sześćdziesiąt. Ale poszłaby na wojnę z każdym, kto źle traktował pacjenta. Daniel mawiał, że była najodważniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkał”.
Pobrali się podczas skromnej ceremonii. Bez spektakularności. Tylko rodzina i miłość.
Urodziłem się rok później.
„Dzień twoich narodzin” – powiedział mój dziadek drżącym głosem – „był najszczęśliwszym dniem w życiu Daniela. Zadzwonił do mnie ze szpitala z płaczem. Powiedział: »Tato, w końcu rozumiem, co to znaczy kochać kogoś bardziej niż siebie«”.