Świt jeszcze nie zdążył dotknąć gór, gdy w ciszy chaty pojawiło się coś, czego Ilia nie czuł od lat – obecność innych ludzi.
Mężczyzna siedział przy piecu, nie podnosząc wzroku na gości. Ogień trzaskał cicho, a para unosiła się znad mokrych ubrań suszących się na sznurze.
— Jak się nazywacie? — zapytał w końcu niskim, zmęczonym głosem.
Starzec uniósł głowę z wysiłkiem.
— Jan… — odpowiedział. — A to moja żona, Helena.