Jedna śnieżna noc w górach, która otworzyła zamknięte serce i odmieniła losy trzech ludzi na zawsze ich

Ilia skinął głową, jakby zapamiętał tylko fakty, bez emocji. Wziął metalowy kubek, nalał do niego ciepłej wody i podał go Janowi.

— Powoli — rzucił krótko.

Drżące dłonie starego mężczyzny ledwo utrzymywały naczynie. Helena stanęła tuż za nim, gładząc go po plecach i szeptając słowa, które brzmiały jak modlitwa. Ilia udawał, że tego nie słyszy, ale dźwięk jej głosu przeszywał go boleśnie. Dokładnie tak samo modliła się kiedyś Anna. Myśl o tym była jak nagłe ukłucie.

Po dłuższej chwili Helena przerwała ciszę.

— Zeszliśmy z wioski — powiedziała cicho. — Lekarz kazał zabrać Jana do szpitala w mieście. Ale autobus nie kursuje przy takiej pogodzie… a my nie mieliśmy wyjścia.

Ilia spojrzał w płomień. Jego szczęka stwardniała.

— Jeśli wichura osłabnie, rano zawiozę was samochodem — powiedział w końcu.

Helena patrzyła na niego, jakby właśnie zobaczyła cud.

— Niech Bóg pana wynagrodzi.