Deszcz lał się tak gęsto, że rozmywał świat w coś nierozpoznawalnego, zmieniając popękany asfalt przed klubem motocyklowym Steel Vipers w czarne lustro, odbijające tylko połamany neon i niespokojne reflektory, a w środku klubowego domu, gdzie dwunastu mężczyzn siedziało przy naznaczonym bliznami stole z dębu, wypolerowanym przez dziesięciolecia uderzeń pięści, butelek i niewypowiedzianych umów, noc upływała w cichej powadze, którą charakteryzowali mężczyźni rozumiejący, że milczenie bywa czasem najważniejszą częścią przetrwania.
Było tuż po północy, godzinie, kiedy nawet najgłośniejsze miasta łagodniały na obrzeżach, kiedy silniki zazwyczaj chłodziły się zamiast ryczeć, kiedy jedynymi dźwiękami był cichy szum generatorów, syk deszczu uderzającego o metalowe panele i od czasu do czasu skrzyp krzesła, gdy ktoś zmieniał pozycję, aż do momentu, gdy rozległo się pukanie.