W tłumie rozległ się szmer. Niektórzy, zawstydzeni, odłożyli telefony. Inni spojrzeli po sobie, zdając sobie sprawę, że sytuacja obraca się przeciwko nim.
Eugen skinął na kierownika, a mężczyzna podszedł bliżej, przestraszony.
„Ile zarabia dziś wieczorem ta młoda kobieta?”
Kierownik z trudem przełknął ślinę. „No cóż… około 200 lei, proszę pana”.
Eugen zwrócił się do Lilii, wciąż mokrej i drżącej.
„Od dziś już tu nie pracujesz”.
Serce jej zamarło. Tylko tyle? Tylko to znaczyło w tej krótkiej chwili, kiedy miała nadzieję, że ktoś jej faktycznie pomoże?
Ale Eugen kontynuował, a jego głos przecinał powietrze niczym nóż:
„Od dziś pracujesz dla mnie. Pensja: 5000 lei miesięcznie. A koszty leczenia twojej matki… Pokryję je”.
Tłum wybuchnął ogólnym zdumieniem. Niektórzy zaczęli bić brawo, inni filmować, ale tym razem z zupełnie innych powodów.
Lilia zamarła. Czuła, jak trzęsą jej się kolana.
„Proszę pana… Ja… Nie wiem, co powiedzieć…”
„Po prostu powiedz prawdę” – odpowiedział spokojnie. „Zostałaś niesłusznie upokorzona. A ja nie toleruję niesprawiedliwości. Ani tutaj. Ani nigdzie”.
Bogdan próbował się bronić. „Nie możesz jej wierzyć na moim miejscu! Ja jestem…”