Cisza, która zapadła na tarasie, była tak przytłaczająca, że można ją było kroić nożem. Lilia czuła, jakby wszystkie oczy były zwrócone na nią, ale nie miała już siły, by podnieść wzrok. Pragnęła tylko zniknąć. Nie być już tam, w okrutnym świetle i pod zimnym spojrzeniem ludzi, którzy widzieli w niej tylko nikim.
Eugen zrobił kilka kroków w jej stronę, a goście instynktownie się rozstąpili, zostawiając jej wolną drogę. Nawet powietrze zdawało się od niego oddalać. Gdy dotarł do Lilii, wyciągnął do niej rękę.
„Chodź. Wstawaj”.