Jego ton nie był łagodny, ale też nie ostry. Był stanowczy, jak u zwykłego człowieka, który chce, by go wysłuchano. Lilia, choć wahała się, ujęła go za rękę. Od dawna nie czuła, żeby ktoś oferował jej pomoc bez zainteresowania. Jego dłoń była ciepła. To na sekundę sprawiło, że złapała oddech.
„Kto cię popchnął?” zapytał, nie puszczając jej.
Bogdan udawał śmiech, starając się wyglądać na rozluźnionego. „Daj spokój, panie Colt, nie róbmy tragedii z żartu. Ta dziewczyna się potknęła. Wszyscy o tym wiedzą. Była nieuważna”.
Eugen odwrócił się do niego. Jego zimne, przenikliwe spojrzenie sprawiło, że nawet muzyka zdawała się uciszać.
„Pchnął ją pan?”
Bogdan otworzył usta, ale nie zdążył odpowiedzieć. Kobieta w tłumie, starsza pani, która wszystko widziała, zrobiła krok naprzód.
„Tak, popchnął ją. Widziałam. A ona wciąż się śmiała”.