— Tak, zgadłeś.
— Chcesz mnie zniszczyć?
— Ja? — uniosłam brew. — Ja żyję. Ty, natomiast, zawodzisz.
— To ty to zorganizowałaś! — krzyknął.
— Mąż — poprawiłam. — Viktor Kirillovitch. Mój mąż.
Cofnął się. — Dlaczego? Chcesz pieniędzy? Dam ci. Tylko daj mi spokój.
Zaśmiałam się. — Pieniądze? Nigdy o to nie chodziło.
Zbliżyłam się. — Pamiętasz, jak nazywałeś mnie „kurą”? Kury znoszą jajka. A z niektórych jaj wykluwają się smoki.
Odwróciłam się i ruszyłam do samochodu. On zrozumiał. Polowanie się skończyło. Ofiara już nie byłam ja.
Następnego ranka wpadł do biura Viktora. Słuchałam z sąsiedniego pokoju.
— Szefie, muszę ostrzec! Twoja żona, Anna, jest mściwa! Niszczy mnie!
Viktor milczał, lodowaty.
Weszłam z cienkim segregatorem.
— Stary dokument — powiedziałam. — Kopia raportu. Oleg mówił, że „spadłam ze schodów”.
Viktor przejrzał dokumenty. Twarz mu się stężała.