Stałam przy szklanej ścianie z panoramicznym widokiem na miasto. Moje miasto. Mój nowy świat.
Nie widział mnie. Zaabsorbowany swoim małym światem, nie zdawał sobie sprawy, kto stoi za nim. Nie tylko była żona wyrzucona z domu z jedną walizką. Ale nowa żona jego dyrektora generalnego. Kobieta, która jednym słowem mogła zdecydować o jego premii.
Obserwowałam jego garnitur, zużyte buty, służalczy uśmiech skierowany na Lenę. Nie było w tym litości. Tylko zimna uwaga naukowca obserwującego owada pod mikroskopem.
Odwrócił się, by odejść, i spotkaliśmy się wzrokiem. Tym razem nie odwróciłam wzroku. Spokojnie, z ledwie widocznym uśmiechem. W jego oczach przebiegło zdziwienie. Zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie. Nic.
Wykonał gest, jakby chciał mnie odegnać, i zniknął w swoim dziale, przekonany, że nadal jest kimś ważnym.
Sięgnęłam po telefon.