Maria spojrzała mu prosto w oczy. Nie spuściła wzroku.
— Nie mam już nic do stracenia.
Tego dnia Maria odeszła. Ze starą torbą, kilkoma ubraniami i dokumentami ukrytymi w torbie. Pojechała do siostry, do sąsiedniej wioski. Do małego, ale ciepłego domu. Z jedzeniem na stole. Ze spokojem.
Następowały ciężkie miesiące. Próby. Rozmowy. Krzywe spojrzenia po wiosce. Ale Maria się opierała. Nie pracowała już w polu pod słońcem. Szyła. Sprzedawała na targu. Żyła.
Kiedy dziecko się urodziło, było zdrowe. Chłopiec z silnym płaczem.
Maria trzymała go w ramionach i po raz pierwszy od lat poczuła, że naprawdę oddycha.
Ziemia pozostała jej.
I po raz pierwszy nie była to już kara. To był początek.