W holu rozległ się szmer.
„O mój Boże, to Bruno!” – krzyknął głos z tyłu.
Panna młoda pozostała nieruchoma. Potem, powoli, jej wyraz przerażenia zmienił się w mieszaninę zdumienia i… ekscytacji.
Bruno był szczeniakiem, którego uratowała z pobocza drogi dwa lata temu. Wychowywała go sama, zanim poznała Radu. Był jej „dzieckiem”, jak lubiła go nazywać.
Tydzień przed ślubem Bruno zniknął.
Zniknął bez śladu.
Szukała go wszędzie. Rozwieszała plakaty w okolicy. Ogłaszała się na lokalnych grupach. Dzwoniła do schronisk. Płakała po cichu nocami, żeby nie zepsuć radości ślubu.
Radu wiedział, jak bardzo cierpiała.