— Ma pani rację… Przepraszam.
Poszłam dalej, nic nie mówiąc. Ale ku mojemu zaskoczeniu, na tym się nie skończyło.
Następnego ranka odebrałam telefon ze szpitala. Spokojny, pielęgniarski głos zapytał mnie, czy jestem „tym chłopakiem, który pomógł kobiecie z torbami”. Potwierdziłam.
— Chce się z panią widzieć — powiedział. Powiedział, że uratowała mu pani życie.
Poszłam. Serce waliło mi jak młotem. W poczekalni kobieta leżała na łóżku, blada, ale uśmiechnięta. Kiedy mnie zobaczyła, jej oczy zaszły łzami.
— Och, mój chłopcze… gdybyś mi nie pomógł, nie wiem, czy dotarłbym do domu… Następnego ranka czułem się bardzo źle. Ale nie zapomniałem twojej twarzy.
Usiadłem na krześle. Poczułem, jak gula w gardle topnieje.
— Nie zrobiłeś nic złego, mówi. Nie pozwól, żeby ludzie, którzy staną ci na drodze, cię przestraszyli.
Potem dodała ciepłym głosem: